wtorek, 9 lutego 2010

Dylemat... i po dylemacie

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem dylematów. Najpierw naszło mnie... O! Zostanę spotterem! Interesuję się lotnictwem, czasem fotografuję, to może... ?

Ale jednak stwierdziłem, że to nie dla mnie, noszenie takiej aparatury nasłuchowej i wnioskowanie czy zbliża się An-2 czy Mi-8 zniechęciło mnie. Pierdylnąłem te graty w kszaki i poszedłem w ch.... Potem pomyślałem sobie: Je! Zapiszę się w aeroklubie do klubu modelarskiego, bo główne moje hobby, a wręcz pasja, to modelarstwo...

Nie no coś mi nie leżała ta wizja od początku, posiedziałem z godzinkę (drugi w rzędzie od strony stojącego wykładowcy, patrzę na resztę - w stronę kamery), no i tak: niewygodne stroje, sztywny prowadzący, jakieś monografie pamiętające czasy socjalizmu na ławkach przypominających szkołę podstawową... potem w jednej z monografii znalazłem to:

I poszedłem w cholerę do domu!

sobota, 6 lutego 2010

Modelarz oblatywacz cz.1

Obiecałem, to prowadzimy temat dalej. Częsc pierwsza cyklu o tym, jak to elementy do produkcji obiadu, spowodowały chwilowy stan głodowy. Człowiek jednak może dłużej wytrzymac bez jedzenia, niż bez picia, a tego mam pod dostatkiem.
Przejdźmy jednak do meritum, otóż zacząłem oklejac samolot z Airfixa - czyli dokładnie Grumman F6F-3 Hellcat w skali 1/48 folią aluminiową. A teraz pytanie: po co?
Odpowiedź jest prosta: przetestowanie nowej dla mnie techniki, jaką jest klejenie folii metalowej do plastiku za pomocą kleju Microscale. Drugą ważną kwestią jest zrobienie wersji XF6F-3, czyli prototypu, który stał się bezposrednim modelem samolotu Grummana do produkcji seryjnej F6F-3. Jakie cechy dzielą prototyp z wersją produkcyjną? Najważniejsze w modelu będzie zmienienie osłon podwozia oraz dodanie dużego kołpaka. Silnik wersji XF6F-3 to już Pratt & Whitney R2800, zatem nie ma tu problemu, jak przy wersji prototypowej XF6F-1 z silnikiem R2600 (zastosowanym m.in. w Avengerze).
Zatem zastosowanie tutaj folii aluminiowej jest bardzo na miejscu, wersja XF6F-3 była pokryta tylko blachą, bez malowania całej powierzchni. Malowane były tylko oznakowania narodowosciowe oraz lotka tylnego steru kierunku na czerwono. Duży kołpak był też w kolorze blachy. Na zdjęciu wyraźnie widac ciemniejszą blachę przy wylotach spalin oraz w miejscach skrzydłowych karabinów maszynowych:

Powyższe zdjęcie przedstawia naszego bohatera, widac tutaj dokładnie te detale o których pisałem. Zatem przystępujemy do częsci technicznej: jak i co to daje.


Wybieram sobie miejsce zaklejenia kolejnego panelu na skrzydle i biorę klej Microscale. Odlewam odrobinę do osobnego zamykanego pojemniczka i dodaję troszkę wody (niewiele, w proporcji ok 5 częsci kleju na 1 częsc wody). Robię to po to, by nie był on już na początku taki gęsty, gdzie podczas nanoszenia pędzelkiem tworzyłyby się smugi - analogicznie jak przy zbyt gęstej farbie. Po wyschnięciu nałożona folia byłaby nierówna i smugi by przebijały. My chcemy jednak uzyskac w miarę gładką powierzchnię.


Smaruję więc miejsce między lotką, prawą częscią skrzydła a tym osamotnionym elementem po prawej stronie. Nadmiar kleju może wychodzic na już zaklejoną częsc. Łatwo go potem usunąc chusteczką nasączoną spirytusem, rozcieńczalnikiem lub benzyną ekstrakcyjną. Po posmarowaniu sprawdzamy czy nie ma na powierzchni jakis intruzów, czyli pyłków, kurzu itp. Jesli są, to mamy jeszcze chwilę czasu na usunięcie pędzelkiem tych pasożytów. Jesli natomiast jest tam za dużo zabrudzenia, wysypała nam się na to kawa lub cukier podczas słodzenia herbaty stojącej na stoliku przy którym kleimy, można usunąc cały klej szmatką lub chusteczką nasączoną powyższymi specyfikami i naniesc klej ponownie. Teraz czekamy aż klej przeschnie trochę. Jest to klej który po wyschnięciu działa jak tasma klejąca, więc nie musimy się spieszyc, dobrze, aż utworzy się ta lepka powierzchnia z odparowaną wodą.


Teraz naklejam fragment wczesniej odciętej folii i stopniowo nakładam go, powoli dociskając za pomocą chusteczki do skrzydła. Nie nakładam od razu całej tafli, by nie dostało się powietrze pod folię, nie jest ono tam potrzebne, samolot i tak dzięki temu lepiej latac nie będzie.


Widac na zdjęciu przyklejony fragment kurczakowej folii, dobrze docisniętej, co spowodowało uwydatnienie linii końca danego segmentu blachy na skrzydle oraz nity. Nity są zrobione za pomocą owej słynnej nitowarki z jednego z wczesniejszych postów. Teraz możemy przystąpic do kolejnego etapu.


Skalpelem wycinam ten segment, następnie nadmiar zdejmuję powoli, podważając delikatnie fragmenty skalpelem. Ważne jest, by skalpel był ostry i nie strzępił, lub co gorsza nie powodował niedocięcia folii. W takim wypadku może to spowodowac podarcie i proces nakładania segmentu zaczynali bysmy od nowa.


Wszystko pięknie, po zdjęciu resztek niepotrzebnych fragmentów przecieram okolicę segmentu chusteczką ze spirytusem lub namoczoną w rozcieńczalniku. Następnie lekko poleruję wzdłużnie lub poprzecznie ten segment. Dlatego czasem wzdłużnie a raz poprzecznie, bo uzyskuję dzięki temu różne kąty odbicia swiatła, co bardzo fajnie i naturalnie różnicuje nam segmenty, nie jest wszystko jednolite.


Jak widac na zdjęciach, skrzydła oklejam folią stroną prawą - bardziej błyszczącą, a lotki okleiłem lewą stroną, dało mi to półmat. Fajnie dodatkowo rozróżnia to powierzchnie stałe z ruchomymi. RODACY: przestrzegajcie zawsze przepisów BHP, noscie obuwie ochronne, na głowę zakładajcie kask oraz ochronne gogle, to was ochroni przed tym co jest nieprzewidywalne. Wróg może kryc się wszędzie!


I tak sukcesywnie oklejamy każdą stronę skrzydła. Krawędzie natarcia skrzydła oklejam jednym kawałkiem - bez łączenia na połówkach skrzydła. Krawędź spływu natomiast w miejscu klap zastosowałem również jeden kawałek folii i zagiąłem ją na drugą stronę. Lotki tak nie mogłem zrobic, bo jak widac ma wystający element, tutaj oklejanie jej będzie osobne po obu stronach.


Jeszcze zbliżenie na fragment przyklejanego panelu, oraz porównanie satynowej powierzchni lotki i klap do powierzchni skrzydła. Dodam jeszcze na koniec częsci pierwszej, że nie jest to takie mozolne, pracochłonne i nie doprowadza do kuriozalnych nerwic lękowo-depresyjnych. Cały proces przebiega szybko i sprawnie. Zapraszam do częsci drugiej, w której porównamy tę metodę z farbami Alclad oraz innymi metalizerami. Postaram się też porównac wszystkie metody i wskazac wady oraz zalety każdej z nich.

wtorek, 2 lutego 2010

Modelarz oblatywacz... (preview)

Zajawka czegoś ciekawego. Najpierw w paczce przyjaciel modelarz - imiennie Wojtek - przysłał mi to:

Cóż to takiego? Ano jest to klej adhezyjny dla modelarzy, do klejenia folii metalowej. Czasem niektórzy z was chcieli dokleić pasek folii imitujący metalową część... dobre nie? :D I teraz za pomocą tego kleju nie tyle imitujemy metalową część, co nawet wzbogacamy model o część imitującą metal... z metalu - ale czy to jeszcze imitacja? Pewnie w wypadku modelarstwa redukcyjnego tak. Jednak filozofowanie zostawmy na inny raz.


Zatem... zaiwaniłem z kuchni rolkę folii aluminiowej. Mówię sobie, albo żona zrobi kurczaka, albo ja się pobawię. Teraz co wybrać, lepsza głodówka przy modelach, czy obiad bez modeli? Prawda, pytanie retoryczne z punktu widzenia modelarza! Cel uświęca środki - tak to się chyba mówi?


Przygotowałem więc środki ochrony osobistej. Nabyte za ciężkie pieniądze i nawet wybrandzlowałem... przepraszam za słowa: pochwaliłem! się nimi na forum modelarskim. Gdzie zyskałem rzeszę oklasków, liczne wyrazy podziwu, słowa niedowierzania oraz kilka bukietów kwiatów, dwie wałówki, łącznie cztery litry stołowej 40%... bo tak się wita w Polsce. Hucznie i serdecznie (zaciskając nóż za plecami). 98% społeczności jednak nie dotarła na szczyty swoich możliwości intelektualnych i nie zrozumiała prawdziwej intencji "pochwalenia się" zdobyczami. Dalej...


Dalej to nie ma co pisać, po prostu "fajgnąłem" sobie klejem po skrzydle pewnego projektowanego jeszcze wtedy samolotu i zacząłem go pokrywać prawdziwą blachą aluminiową. A dlaczego powyżej prezentuje tak niewielki skrawek owego dzieła? Bo jest późno już. No dobra, drugim powodem jest to, że jest późno (o tym pisałem zdanie wcześniej) i... chcę opisać to dużo szerzej, bo doświadczenie podpatrzone, ale zastosowane śmiało dało mi rewelacyjne efekty. Konkurencja dla słynnych Alcladów? To w odcinku: "Modelarz oblatywacz - relacja" - zatem zapraszam już teraz do rychłego zaglądnięcia do mnie i poczytania o czym ja bredzę i czego mogłem doświadczyć w goglach Bolle'ach ;)

Ah, chciałem jeszcze pozdrowić rodzinę, ciocię, towarzyszy broni, i niech na ziemi będzie pokój!

sobota, 30 stycznia 2010

San Diego ciąg dalszy

Krążownik płynie do przodu, został zwodowany i dostał kilka detali więcej. Na tym etapie, myślę że pora pokryć pokłady właściwym kolorem. Drobnostki jeszcze podszpachlowuję Surfacerem 500. Artyleria główna nie jest jeszcze przytwierdzona na stałe, więc malowanie pokładu pójdzie sprawnie. Potem bym tego tak łatwo nie dokonał, bo gdyby doszły detale (kaemy plot., łodzie czy też relingi), to już bym nie dotarł do pewnych miejsc. Zatem pora na pokład z kolorem. Na tym etapie krążownik przedstawia się następująco :) Zwróćcie uwagę, na te maleńkie zestawy kaemów przeciwlotniczych z blaszki. Po pomalowaniu pokładu wstawię ciekawostkę - nie związaną z krążownikiem, ale z Hellcatem :)

Fototrawiona blaszka przekształcona w zestaw poczwórnych kaemów przeciwlotniczych.


A w porównaniu do grosza widać, że nie jest to obiekt zbyt wielkich rozmiarów i małe nie oznacza wcale prostsze w montażu - tutaj jest to wręcz przeciwnie ;)


Krążownik w całej swej mikrej okazałości - jak na skalę 1:700.


Nasz bohater w rzucie od tyłu (dziób, główny pomost dowodzenia i śródokręcie.


Widok z góry na bakburtę USS San Diego.


W innym świetle jest pokazana sterburta krążownika.


Widok z "lot ptaka" (cokolwiek miałoby to znaczyć) na dziób okrętu oraz przedni pomost dowodzenia. Widoczne doskonale wieże artylerii głównej kalibru 127 mm

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Nowy w stoczni

Pojawił się nowy jegomość w stoczni. Stało się to dlatego, że budowa dwóch krążowników japońskich dobiega końca (Agano i Oyodo), a w trakcie budowy jest już od jakiegoś czasu USS Independence - lekki lotniskowiec z II wojny. Do jego towarzystwa stanął więc w doku obok: USS San Diego - lekki krążownik klasy Atlanta. Z początku oznaczane jako lekkie krążowniki CL, potem przeklasyfikowane na lekkie krążowniki obrony przeciwlotniczej CLAA. Powodem tego było uzbrojenie - 16 dział 5"/38AA umieszczonych w klasycznych zamkniętych wieżach - po dwa działa w każdej. Model jest ze stajni Dragon'a z niewielką dedykowaną blaszką (40mm plot., relingi i kilka detali jeszcze).

Pudełko nowego walecznego


Tyle zdołałem zrobić (wieże artylerii i częściowo przedni pomost, sklejony jest też kadłub).


Tutaj w towarzystwie japońskiego niszczyciela (niszczyciel trafi niebawem do remontu - anteny i relingi).


Zbliżenie wraz z tradycyjną miarką wielkości - groszówką. Uważniej się przyglądając (klikając na zdjęcie i powiększając je), zobaczymy załogę na pomoście niszczyciela oraz w okolicy dziobowego działa


Tutaj w towarzystwie budowanego obecnie lotniskowca lekkiego USS Independence (też Dragon'woski, lotnictwo pochodzi ze zbioru co było pod ręką).


No i tutaj prezentacja przy większych jednostkach. Nelson był zbudowany ok 15 lat temu - jest to Tamiya, niżej Independence oraz niżej USS Enterprise - lotniskowiec ten powstał również ok 15 lat temu - jest to również Tamiya - obecnie i Nelson i Enterprise wymagają lekkiego remontu (anteny, relingi i uzupełnienie częściami, które w wyniku 2 przeprowadzek zostały uszkodzone - głównie anteny oraz prawie wszystkie lufki kaemów przeciwlotniczych na Enterprise).

wtorek, 5 stycznia 2010

Nitovadlo by Halsey

Skala 1/48 jest już skalą, w której wymagamy pewnego poziomu detali w modelach. W tym celu, wnikliwie oglądając cóż dają urządzenia do symulacji nitów (mimo, że wgłębne), doszedłem do wniosku, że i mnie przyda się takie urządzenie. Pierwsze kroki już podjąłem, złożyłem urządzonko (bo tak mogę to nazwać) i przetestowałem. Zrobiłem je z zębatki wyjętej ze starego Zenita, zaostrzenia ząbków (wiertarka i pilniczek) oraz karty zdrapkowej marki PKO. Mimo małych rozmiarów urządzenia, nity robi się wygodnie, jest swoboda w działaniu i dobra widoczność na to, gdzie prowadzimy urządzenie. Plusem urządzenia jest też niewielkiej średnicy zębatka oraz solidny materiał, z jakiego jest ona zrobiona. W porównaniu z urządzeniem Trumpetera są to z pewnością ogromne zalety. Kolejną jest praktycznie zerowy koszt wykonania tego urządzenia.
Jeśli nie mamy Zenita (ten był niedziałający), to zawsze można pozyskać takowe ze starych zegarów itp. Trzeba tylko uważać, by materiał z jakiego zrobiona jest zębatka nie był zbyt miękki, np. zębatki mosiężne mogą szybko się tępić, natomiast zębatki z cienkiej blaszki lub niewypełnione między trzpieniem a zębami (typowe ramienne na np. czterech wąskich ramionach) mogą ulec zgięciu. Jednak gdy zdobędziemy już odpowiednie, podobne do tej którą ja znalazłem, to mamy fajne i przydatne urządzenie. :)






Historia

Tak zaczynałem przygodę z modelami (ten malec po prawej), to było jakieś 28 lat temu. Taka refleksja bo wczoraj (5 stycznia) stuknęły mi już dwie trójki, teraz liczę już lata do 40-tki ;)
Drugą jest to, że w zeszłym tygodniu byłem u mojego taty, który po 30 latach zmagań z makietą kolejki właśnie kończy ostatni segment tej wielkiej konstrukcji.