środa, 31 marca 2010

Dotarł nowy model z dodatkami!

Dziś poczta mile mnie zaskoczyła. Doszła długo oczekiwana paczka. Model Italeri brałem jeszcze w preorderze, nie dziwne, bo seria limitowana i na prawdę pięknie zrobione. Wydaje mi się też, że wypraski są znów odkupione od Accurate Miniatures.
Do tego piękna waloryzacyjna blaszka Eduarda i wartościowa do tego modelu dokumentacja, fakt faktem jedyna taka na polskim rynku.

Brakuje mi jeszcze żywicznej podstawki Airesa oraz kostek cukru Quickboosta, ale na to muszę poczekać, bo dopiero są w zapowiedziach.






niedziela, 28 lutego 2010

środa, 24 lutego 2010

Pierwsze lądowanie na CV-9

Dzisiaj odbyło się pierwsze lądowanie 6 samolotów na pokładzie USS Essex, który otrzymał już farbę podkładową. Teraz można ocenić, gdzie jeszcze przydałoby się coś poprawić.
Kurcze, nie wiem co zrobić z relingami, produkować się i przykleić, czy zostawić jak jest i wtedy mocny kontrast zrobić na modelu Dragona? Moje obecne nastawienie jest na: jednak dodać relingi. W końcu model to model, czemu mam traktować go po macoszemu i ma stać z tyłu gabloty, przykryty mlecznym szkłem...
No, popatrzmy:










Podsumowując, można teraz zabrać się za resztę detali, już na tym etapie przykleić anteny (chociaż nad tym jeszcze myślę, ale jestem na tak). Następnie kolor na poszczególne sekcje, a potem retusz detali. Pewnie coś jeszcze mi się przypomni.

czwartek, 18 lutego 2010

Próba morska USS Essex!


Dziś USS Essex wypłynął na pierwszy rejs prób morskich. Okręt jest już kompletny pod względem najważniejszych żywotnych i nie tylko komponentów. Maszynownia dała dziś 33 węzły przy pełnej mocy.
Po powrocie okręt otrzyma tylko drobnicę: kilka działek 20 mm, kotwice oraz olinowanie przy masztach, tym razem daleko nie płynęliśmy, więc łączność pracowała na tymczasowych antenach, tak po prawdzie radiooperator bazował na samej konstrukcji masztu.



poniedziałek, 15 lutego 2010

Krótka piłka blisko bramki

Bez wielkiego rozpisywania się - Hasegawa skleja się prawie sama, może okręt leciwy, uproszczony, a przez to mniej detali... jednak jako przerywnik, odskocznia od tych ambitniejszych projektów czyli Hellcat Mk.II Eduarda i XF6F-3 Airfix'a jest w sam raz. Bardziej jednak skłaniałbym się ku stwierdzeniu: odskocznia od cięższego Airfix'a, bo Eduard to odskocznia od ciężkiego żywota modelarza w świat przyjemności.
Fakt faktem, wymaga to jeszcze kilku szlifów i miligramów szpachli (szczególnie wysepka), ale w śladowych ilościach. Porównanie Essex'a z Hasegawy do Shokaku z Fujimi... to w tym drugim była istna wirtuozja nędzy i rozpaczy, filozofii składania Shokaku z pewnością nie robił trzeźwy człowiek.
Oczywiście nie ustrzegłem się też od jednej rzeczy: musiałem sięgnąć po jakąś blaszkę, detal czy inny duperel, bo bez tego model byłby mało atrakcyjny... A byłby, bo jak zobaczyłem drabinki na "wysepce", to zacząłem się bać o bezpieczeństwo załogi. Wchodził ktoś z was kiedyś po pionowej ścianie z takimi wypustkami do wspinaczki? To mówię Wam, załoga lotniskowca nie powinna tego robić w czasie rejsu bojowego (i nie tylko), dlatego dałem im drabinki! A znając mnie to jeszcze coś dołożę...
Zdjęcia dziś nieme, bo co tu opisywać, bo i kto to czyta... obrazki to obrazki ;)







niedziela, 14 lutego 2010

Krótka piłka typu Essex

Sobota, to był dzień "NIC". Miałem taki awers do czegokolwiek, że dawno nie pamiętam takiego kryzysu... może to kryzys wieku średniego? Mam nadzieję, że nie. Nie miałem nawet ochoty na myślenie, a w takich wypadkach siadam do jakiejś głupiej gry i strzelam... wczoraj po dwugodzinnych poszukiwaniach instrukcji od Battlefield 2, gdzie miałem numer seryjny, zrezygnowałem i od tego czasu wpadłem w totalną rezygnację. Trwało to do późnego wieczora, w końcu zmusiłem siebie by coś porobić, bo dzień skończy się tak jałowo, jak się zaczął.

Sięgnąłem zatem do szafy i wyjąłem leciwy już kartonik z lotniskowcem Essex z Hasegawy. Produkt już nie najnowszy, aczkolwiek i tak lepiej zrobiony niż stare Fujimi. Wpadłem na pomysł "short run'a" - czyli projekt weekendowy. W końcu jest to tylko lotniskowiec, z niewielką ilością detali (bo płaski pokład, jakaś nadbudówka i kilkadziesiąt baterii artylerii przeciwlotniczej). Jedyne co zrobiłem, to poobrabiałem krawędzie, poszło wiele szlifów, dopasowań i skleiłem tylko dwie połówki "wysepki" - o ile na okrętach tej klasy można mówić o "wysepce", ja bym to określił jako archipelag.
Mniejsza jednak o nazewnictwo. Skleiłem, odstawiłem. Rano dwa kretyńskie koty w rejonie gdzie stał pozostawiony lotniskowiec miały "pętlę" (jak te autobusowe), na której zawracały w trakcie gonitwy. Nic wielkiego, tylko pokład leżał obok, owa "wysepka" ciut dalej i ogólnie wyglądało to ja trafienie przynajmniej kilkoma kamikaze z ciężkimi bombami. Jednak części nie zostały uszkodzone.
Wstałem więc i zacząłem przyglądać się temu szybkiemu, co to w tydzień ma być gotowy... Tak, ty kryzys wieku średniego... ale ja bym to nazwał - kryzys modelarza wieku średniego. O co mi chodzi? No to po kolei: "wysepka" wymaga szlifu, szpachli i doklejenia wielu detali z drutu lub rozciągniętych linek nad świeczką, bo te które są tam, prawie nie widać. Dalej: drabinki, mam zestaw fototrawionych drabinek do skali 1:700 - trzeba będzie wiele tu ich wkleić. Relingi obowiązkowo. Kolejna rzecz to przerażające liny hamujące na pokładzie. Są tak płaskie, że tutaj nawet w makro na zdjęciu ledwie je widać... nieee tego tak nie zostawię, trzeba je zrobić naklejając nowe. Reszta to już detale - strasznie gównianej jakości pojedyncze działka 20 mm - dosłownie płakać się chce, to w leciwym Enterprise z Tamiya, który sklejałem ileś tam naście lat temu były lepsze, bo lufki trzeba było dokleić z drucików...

Konkluzja: czy na tym etapie mogę liczyć z moim podejściem do modelarstwa na szybkie projekty? Pora na zdjęcia:


Rzeczony "short run" - swoją drogą bardzo lubię okręty tej klasy, toteż w szafie czeka okręt Dragona, a pewnie w przyszłości niedalekiej dojdzie jeszcze egzemplarz z Trumpetera (bo dają dużą ilość samolotów w zestawie :))


Mimo skali 1:700, jest to spora machina wojenna, teraz wyobraźcie sobie, że amerykanie wybudowali ich w czasie wojny kilkanaście, każdy zabierający ponad 100 maszyn w hangarach. Kadłuby specjalnie projektowane pod lotniskowce, stąd taka pojemność hangarów (dużo wnosiły też samoloty ze składanymi skrzydłami - odmiennie od wielu maszyn japońskich na lotniskowcach).


Fajny bajer to możliwość zbudowania windy na poziomie hangarowym i tyle, bo reszty hangaru brak, więc mimo, że zbuduję to w takiej opcji, to lepiej nie rozglądać się w tej wnęce, poszukując dalszej części hangaru. Na szczęście Hasegawa cwanie tutaj zrobiła i wszystkie okna hangarowe są zamknięte żaluzjami - odmiennie niż to jest w Dragonie, gdzie mamy cały pokład hangarowy, do tego otwarte (lub można zamknąć, ale po co) okna hangarowe - to będzie wypas :) po sam pas...


Owa "wysepka" :) Tutaj trzeba troszkę przeszlifować, widać też na dole zdjęcia podest na wieżę artylerii przeciwlotniczej kalibru 127 mm (w wieży dwu-działowej).


Liny hamujące. To ta perełka, którą trzeba zrobić prawie od nowa. Koncepcja jest prosta, nakleić odpowiedniej średnicy druciki (czy to metalowe, czy to z rozciągniętego polistyrenu). Po bocznych pomostach na kaemy widać, że jednak Hasegawa jest dużo wyżej niż stare Fujimi, straszące balustradami pomostów grubości pancerza Yamato na czołowych płytach wież artyleryjskich...


Pogromca od dziobu - w tle oczywiście inne cuda, widać z lewej fragment oklejonego folią aluminiową zbiornika paliwa od Hellcata, obok leży kabina Aichi D3A2 Val (bo to miał być pierwotnie "short run", a pozostał cichą odskocznią - pokryte to owo podkładem, dlatego taki bordowy kolor).


Tutaj porównanie z USS San Diego, tak z wolna doklejam jeszcze kilka detali przed rzuceniem na niego podkładu. Widać za to różnicę wielkości lekkiego krążownika i lotniskowca, jeszcze śmieszniej by to wyglądało, gdyby w miejscu krążownika stał niszczyciel. U góry zdjęcia owa rzeczona kabina D3A2. Blisko dziobu lotniskowca leży burtowa winda dla samolotów, za to w okolicy rufy szpanerski nożyk Excel, pinceta, fragment pędzelka. To czerwone obok lotniskowca, to jego podstawka - typowa dla modeli "water line series".


Ukośny rzut na naszych walecznych, na morzu kolizja dwóch tak różnych okrętów mogłaby być nieciekawa dla krążownika (w wypadku pancernika Washington i niszczyciela, ten drugi zatonął, pancernik miał tylko wgnieciony zderzak... mówiąc po naszemu). Znów widać szpanerski nożyk, w tle pudełko lotniskowca na zajebistym drewnianym krzesełku z Ikei.


wtorek, 9 lutego 2010

Dylemat... i po dylemacie

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem dylematów. Najpierw naszło mnie... O! Zostanę spotterem! Interesuję się lotnictwem, czasem fotografuję, to może... ?

Ale jednak stwierdziłem, że to nie dla mnie, noszenie takiej aparatury nasłuchowej i wnioskowanie czy zbliża się An-2 czy Mi-8 zniechęciło mnie. Pierdylnąłem te graty w kszaki i poszedłem w ch.... Potem pomyślałem sobie: Je! Zapiszę się w aeroklubie do klubu modelarskiego, bo główne moje hobby, a wręcz pasja, to modelarstwo...

Nie no coś mi nie leżała ta wizja od początku, posiedziałem z godzinkę (drugi w rzędzie od strony stojącego wykładowcy, patrzę na resztę - w stronę kamery), no i tak: niewygodne stroje, sztywny prowadzący, jakieś monografie pamiętające czasy socjalizmu na ławkach przypominających szkołę podstawową... potem w jednej z monografii znalazłem to:

I poszedłem w cholerę do domu!